Wymagane jest uaktualnienie wtyczki Flash Player.
Wymagane jest uaktualnienie wtyczki Flash Player.
Biuletyn Informacji Publicznej
 
Wymagane jest uaktualnienie wtyczki Flash Player.
Kochasz dzieci nie pal śmieci
RSS

Krystyny Jadwigi i Lesława Kazimierza Galińskich

 

     W poprzednich dwu rozdziałach opowiedzieliśmy jak przedstawicielka rodu Modelskich i członek rodu Galińskich dzięki zupełnie różnym okolicznościom spotkali się w Potoku, co doprowadziło do powstania szczęśliwej, zgodnej rodziny.
Rodzina Modelskich zamieszkała w 1946 roku w Krakowie. Galińscy jak to już wspomniano w Gliwicach. Krystyna w Krakowie kończyła farmacje, a jej rodzice przenieśli się do Wrocławia. Spotkania młodych odbywały się w tych trzech miastach. Ślub odbył się 2 luiego I949 roku w Krakowie.
W latach 1949 do 1955 łączność z Potokiem mieliśmy tylko drogą korespondencyjną. Coraz częstsze przyjazdy do Potoka rozpoczęły się. od roku 1958. Ostatnio od 1985 roku przyjeżdżamy do Łańcuta i Potoka regularnie co roku. Zaczęło się od porządkowania materiałów i dokumentów jakie pozostały w spuściźnie po profesorze T.E. Modelskim, a dotyczących zamku w Łańcucie. Materiały te zaczęła po śmierci ojca porządkować najstarsza córka Ludmiła i syn Mieczysław, a kończy obecnie najmłodsza Krystyna. Dokumentacja odbyła dalekie podróże w następującej kolejności: Lwów - Wilno, Wilno - Lwów, Lwów - Kraków i Lwów - Poznań, Kraków - Wrocław i Poznań - Wrocław, Wrocław - Kraków.
Oddzielenie materiałów i dokumentów o różnej tematyce od dokumentów dotyczących Łańcuta jest bardzo pracochłonne. Na szczęście ostatnio dobiegło końca. Przekazujmy w tym roku (grudzień 1988) ostatnie informacje na ten temat. Co roku przyjeżdżamy regularnie do Łańcuta, Potoka i do Rakszawy, gdzie odwiedzamy grób matki. Grób ten dzięki opiece pani Mani Walowej, a ostatnio dzięki państwu Joannie i Piotrowi Walom jest zawsze zadbany i ukwiecony.
Naturalnie odwiedzamy też i Potok, jesteśmy u pani Mani Wałowej, a Krystyna odwiedza swoją koleżankę z lat dziecinnych Ginke Frączkównę obecnie panią Genowefę Fusową.
Za każdą bytnością spostrzegamy korzystniejszy rozwój Rakszawv. Wieś jest czyściejsza i bardziej uporządkowana. Podziw nasz budzi remont kościoła, a przede wszystkim budowa domu parafialnego z całym zapleczem.
Natomiast smutno nam bardzo, kiedy odwiedzamy zaniedbane miejsca, gdzie kiedyś stał dworek. Ostatnio nawet nie byliśmy w tym miejscu, bo widok jest naprawdę, przykry i bardzo smutny. Trudno uwierzyć, że jest to fizycznie to samo miejsce, z którym łączy nas, a zwłaszcza Krystynę, tyle miłych wspomnień.
Obiektywnie trzeba powiedzieć, że nie jest to tylko wina ludzi. Topole do Brzeźnika rozrosły się. Z półmetrowego młodnika sosnowego, gdzie zbieraliśmy maślaki, wyrósł rachityczny las. Brak psiarni, domu mieszkalnego i stawku. Jedynie modrzewie we wjazdowej alei i dwa na gazonie pięknie się rozrosły. Na pytanie, czy dworek lub jak kto chce pałacyk nie nadawał się do remontu i musiał ulec zagładzie, nie znajdujemy odpowiedzi.
Pomimo braku tych materialnych istotnych pamiątek przed ponad półwiekowej przeszłości, dzięki utrzymywaniu kontaktów osobistych z osobami znanymi nam od dawna i ich dziećmi, a także wnukami, zawsze z żalem wyjeżdżamy z Rakszawy i Potoka. Za każdym razem myślimy czy za rok jeszcze tu przyjedziemy?
Historia Potoka i jego otoczenia bardzo interesuje pracowników naukowych Zamku - Muzeum w Łańcucie. Szczególnie interesują. Się pan Dyr. Wir Wojtowicz i pani dr Maria Nitkiewicz. Przed kilku laty przyjechali z nami do Rakszawy w kilka osób i z zainteresowaniem oglądali obecny stan, konfrontując go ze stanem widocznym na zdjęciach, które mieliśmy ze sobą.
Podobno rzeczy, czynności i uczucia nie nazwane - nie istnieją. Powiedzielibyśmy znacznie więcej, bo zaledwie jedna nazwa "Potok" potrafi przyspieszyć bicie serca, przywołać z pamięci przyjemne i radosne uczucia i widoki, które już nie istnieją. Czy naprawdę, sama nazwa potrafi cofnąć czas i urzeczywistnić rzeczy już nie istniejące?
My autorzy tych wspomnień jako zgodne małżeństwo odpowiadamy: oczywiście tak!!! Mamy też nadzieje, że cierpliwi czytelnicy, którzy doczytali nasze wspomnienia do końca przyznają nam racje.

wspomnień ciąg dalszy

Po ukazaniu się moich wspomnień na temat naszego corocznego pobytu w Potoku w latach 1924-1939 zastanawiam się co i jak zmieniło się w ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat.
Nie mam tu na myśli ogólnego postępu technicznego z wynalezieniem komputera, lądowania człowieka na księżycu, czy wydarzeń politycznych i ogólnogospodarczych. Mam parę spostrzeżeń w związku ze zmianami jakie zaszły w ostatnich dziesięcioleciach w życiu mieszkańców Potoka.
Zacznę od warunków bytowych. Większość domów mieszkalnych była częścią całego obejścia-gospodarstwa. Obok domu mieszkalnego w obejściu znajdowała się stodoła, obora, gdy w gospodarstwie były krowy a czasem i konie. Trafiały się domy kryte strzecha słomianą i bez podłogi tylko z tzw. polepą. Domy były przeważnie drewniane, kryte gontem czy dachówka, otoczone drewnianym płotem. Dom Goldberga był murowany.
W Potoku przed wojną nie było prądu elektrycznego, oświetlenie stanowiły lampy naftowe i świece. Także i my w pałacyku używaliśmy lamp naftowych i świec.
Z Żołyni przywoziło się sztaby lodu, wycinane w zimie na stawie i dzięki temu można było przetrzymać dłużej łatwo psujące się wiktuały, a nawet robić lody w specjalnej maszynce obracanej ręczną korbą.
Doprowadzenie do Potoka energii elektrycznej zmieniło zasadniczo życie codzienne. Światło z żarówek lub jarzeniówek, kuchenką elektryczną, lodówkę, lub zamrażarkę, pralkę automatyczną w pełni docenia ten, kto ich w domu nigdy nie miał.
Obecnie w Potoku nie ma już starych chat. Pozostały tylko niektóre przedwojenne drewniane domy w całkiem dobrym stanie. Obok nich stoją nowe murowane domy, nawet niektóre wyposażone w instalację wodociągową i kanalizacyjną oraz telefon. Przed wojną w Potoku był tylko jeden telefon u p. Bardiana, podłączony tylko do sieci Ordynacji Łańcuckiej.
Jedyną możliwością utrzymywania kontaktu, obok telegrafu do pilnych i krótkich wiadomości, było pisanie listów. Zwyczaj ten niestety zaginął, a szkoda, bo słowa przekazane przez telefon ulatują, a napisane pozostają przez bardzo długi czas. Przytoczę dwa przykłady. Zachowała się u nas liczna korespondencja mego ojca z 1910-1912 roku pisana z Berlina i Wiednia, gdzie ojciec przebywał w tamtejszym uniwersytecie, bibliotekach i archiwach. Adresatką była moja mama mieszkająca we Lwowie. Dzięki temu wiemy jak przebiegał pobyt ojca w tych miastach.
Zawsze zastanawiałam się dlaczego z takim rozrzewnieniem wspominam zieloną trawę z gazonu w Potoku. Odpowiedź znalazłam w liście mamy do ojca pisanym z Wilna do Lwowa w 1929 roku. Mama pisze, że jestem bardzo niezadowolona z pobytu w Wilnie, bo tam trawa nie jest taka ładna, zielona jak w Potoku, szczególnie rano pokryta rosą. Tę gęstą, miękką trawę pamiętam do dziś. Istotnym elementem wsi rzeszowskiej były drogi. Szosa Łańcut - Leżajsk, jak wszystkie drogi tej kategorii, miała nawierzchnię bitą, czyli tak zwaną szutrową, pełną wyboi, w których w czasie deszczu gromadziła się woda.
Nie było komunikacji autobusowej. Głównym środkiem lokomocji było chodzenie pieszo. Rzadko posługiwano się rowerem, a czasem wozem konnym. Samochody były rzadkością. Były to samochody weterynarza z Łańcuta, który czasem pojawiał się na drodze. Szosa ta przeważnie była pusta.
Ostatnim bardzo wyraźnym, a zarazem przykrym wspomnieniem z tej szosy są wydarzenia z końca września lub początku października 1939 r. Po ustaleniu linii demarkacyjnej na Sanie, pomiędzy Niemcami a Związkiem Radzieckim, Niemcy wydali znienacka zarządzenie, że kto z obywateli polskich chce przejść do Związku Radzieckiego, musi to uczynić w ciągu 24 godzin. Najbliższy punkt przekroczenia granicy znajdował się, w Leżajsku na Sanie. Szosa Łańcut - Leżajsk zaroiła się, uciekinierami, ze znaczną przewagą Żydów. Szli przeważnie piechotą niosąc cały dobytek na plecach względnie na małych pchanych lub ciągniętych wózkach. Były też rzadziej wozy konne.
Mama, ojciec, ja i mieszkanka Potoka Julcia Buszta na dwu rowerach oraz niedużym wózku, obładowanym przeważnie książkami, zaprzężonym w małego konika, pod wieczór zasililiśmy tę szosę uciekinierów. Ten nasz wielodniowy powrót do Lwowa obfitował w dramatyczne, niebezpieczne, a nawet tragiczne zdarzenia.
Wyżywienie wielu rodzin w Potoku polegało prawie na samowystarczalności gospodarstw. Własne pole i ogród przydomowy zapewniały produkty pochodzenia roślinnego. Chleb był pieczony w domu w piecach piekarskich, które były w domu, oprócz pieca kuchennego. Piec kuchenny, była to płyta żeliwna, pod którą paliło się drewnem. Piec ten służył nie tylko do gotowania, ale był też źródłem ciepła, całego domu w okresie jesienno zimowym.
Mąka na chleb pochodziła ze zboża z własnego pola, mielonego we młynie. Pamiętam też żarna kamienne, które czasem gdy zabrakło mąki, były używane w domu. Była to bardzo ciężka i żmudna praca. Ten "domowy młyn" budził moje duże zainteresowanie i widok takich kamiennych żaren do dziś stoi mi przed oczyma. Dzisiaj żarna można zobaczyć tylko w skansenach wsi polskiej.
Menu urozmaicane było rzadko mięsem z drobiu domowego, a jeszcze rzadziej mięsem z wykarmionej świni ubitej i przygotowanej w domu. Takie świniobicie odbywało się przeważnie w okresie przedświątecznym.
Naczyniami na mleko były garnki ceramiczne. Nakrycia stołowe jak miski na zupę czy talerze też były wyrobami gancarskimi, ceramicznymi, nabywanymi na okresowo organizowanych jarmarkach w Żołyni lub w Łańcucie. Były naturalnie w użyciu też garnki emaliowane, a także żeliwne. Te ostatnie zwykle większych rozmiarów, służące do przygotowania jedzenia dla drobiu czy świnki.
Nie pamiętam natomiast abym się spotkała z kołowrotkiem do przędzenia nici, a tym bardziej z domowym warsztatem tkackim.
Nie było też w Potoku warsztatu szewskiego tak charakterystycznego dla ówczesnego życia gospodarczego.
Umeblowanie domów było skromne i składało się tylko z najniezbędniejszych sprzętów jak łóżka, stoły, czy ławy lub stołki. Meble te często były wyrabiane przez domowych stolarzy.
Jednym z moich najmilszych wspomnień jest picie mleka bezpośrednio od doju. Tą przyjemność zawdzięczam pani Malisiowej, wdowie po pracowniku hr. Potockiego, która zajmowała małą izbę w budynku gospodarczym. Obora dla krowy była położona za ażurowym murem otaczającym pałacyk. Do tej obory przychodziłam koło południa z garnuszkiem na mleko. Czasem zapomniałam zabrać garnuszek, wtedy piłam mleko bezpośrednio z drewnianego skopka. Mleko było spienione, ciepłe i pyszne. Nie pamiętam w którym roku po przyjeździe na wakacje nie było już pani Malisiowej. Wszyscy byliśmy tym szczerze zasmuceni.
Naturalnie, że oprócz naszych rówieśników najlepiej zapamiętałam państwa Annę i Michała Bardianów. Pan Bardian był naszym opiekunem z polecenia hr. Potockiego, dbającym o nasze potrzeby mieszkaniowe i ogólnobytowe. Był on zarządcą kompleksu: Pałacyku z psiarnią i otoczeniem oraz Brzeźnika.
Gdy przyjeżdżaliśmy na wakacje, pałacyk wewnątrz i zewnątrz lśnił czystością. Umeblowanie było bardzo skromne, łóżka żelazne z siennikami wypchanymi słomą. W pierwszym pokoju różowym stała bieliźniarka a na niej przepiękna lampa naftowa-złota kula. W drugim pokoju - niebieskim stała szafa i dwa łóżka dla Rodziców. Najokazalsza była jadalnia z kominkiem, ciemno brązową boazerią, dużymi oszklonymi drzwiami i olbrzymim stołem. W tym pokoju jedliśmy wszystkie posiłki. Następny pokoik był bardzo mały i oprócz łóżka stał tam tylko stolik. Piąty pokój również biały, miał tylko łóżko i półki. Ostatni przylegający do kuchni pokoik najcieplejszy przeważnie zajmowała Babcia. Umeblowanie stanowiły: łóżko, półki i stolik.
Wieczorem gdy mieliśmy spać, ojciec z lampą lub świecą obchodził wszystkie pokoje i sprawdzał czy okna i drzwi są pozamykane.
Koło budynku gospodarczego była studnia, z której czerpało się wodę przy pomocy kołowrotu. Druga studnia z dachem krytym gontem była koło psiarni. Najbardziej lubiliśmy chodzić do źródełka i tam w czyściutkiej, ale lodowatej wodzie myć się.
Ojciec po przyjeździe z Łańcuta tam kierował swoje kroki. Lubił pogłębiać koryto strumyka, naprawiać kładkę itp. W Potoku były dwa stawy -jeden za budynkiem gospodarczym bardzo zamulony, w którym nie można się było kąpać, najwyżej pływać po nim w cebrzyku. Drugi staw w Potoku znajdował się przy szosie; był zadbany, poręcze i słupki były pobielone. Przywieziony ze Lwowa kajak urozmaicał nam pobyt.
Ulubiony przez nas pies Rypik nie odstępował nas na krok. Zjawiał się, gdy przyjeżdżaliśmy do Potoka, a gdy odjeżdżaliśmy, wyczuwał to, chodził osowiały. Właził pod samochód mający nas odwieźć na dworzec w Łańcucie i trzeba było użyć nielada sztuczek, aby go stamtąd wyciągnąć. Pewnego dnia Rypik zniknął. Szukaliśmy go wszędzie. Zobaczyłam go przy stajni p. Malisiowej. Leżał pod zadaszeniem i patrzył tak smutnymi oczami, że nietrudno było się domyślić, że jest chory. Pan Bardian stwierdził nosówkę i nie dato się go uratować. Pochowaliśmy go zawiniętego w makatę koło dużego kamienia koło modrzewi. Szliśmy za Panem Bardianem i płakaliśmy.
Modrzewie jeszcze są. Kamień był długo, ale ostatnio - o ile się, nie mylę - nie widziałam go, widać byt komuś potrzebny i zniknął. Na tym kamieniu często siedzieliśmy. Mamy dużo zdjęć w tym miejscu. Kamień był zawsze czyściutki, nagrzany słońcem. Po drugiej stronie szosy naprzeciw stawu stał duży drewniany folusz. Lubiłam patrzeć jak woda z impetem spada w wąski drewniany przepust. Niestety któregoś roku folusz zniknął z krajobrazu.
Bardzo cennym przedmiotem w owym czasie były zegary domowe i osobiste. Zegarki były drogie, a jako takie wręczane zasłużonym pracownikom przez dyrekcje różnych zakładów jeszcze po wojnie. Zegary domowe i budziki też były nie we wszystkich domach. Gdy pod koniec wojny pracowałam w Rakszawskiej Fabryce, to w porze jesienno zimowej wychodziłam do pracy jeszcze po ciemku. Zapalenie się światła w oknie naszego ówczesnego mieszkania w służbowym domu administracyjnym, było sygnałem dla innych pracowników fabryki, że pora wychodzić do roboty. Naturalnie tylko z tych domów, z których było widać nasze okna.
Tak zapamiętałam warunki życia w Potoku w latach trzydziestych. Jak wielkie zmiany zaszły w ciągu tych 70 lat, czytelnicy łatwo sami zauważą.

wspomnień ciąg dalszy

Miło wspominam mieszkańców Potoka, pomimo tych, według obecnych pojęć, prymitywnych warunków życia byli to ludzie uczciwi, prawi, znający swoją godność.
Pan Michał Bardian był to stateczny człowiek z dużą, wszechstronną wiedzą, doskonale spełniający swoje obowiązki i zaspokajający wszystkie potrzeby koni i psów. Dbał o porządek i czystość całego powierzonego mu kompleksu. Budynki należycie utrzymane i konserwowane. Droga od gościńca przez podwórze Pałacyku aż do bramy była stale zagrabiana, a ograniczające ja słupki świeżo pobielone. Aleja w stronę Brzeźnika przed 1927 rokiem była wysadzona czereśniami. Zima 1927/28 była bardzo mroźna i czereśnie wymarzły. Trzeba było je usunąć. Na miejscu czereśni zasadzono topole. Po wielkości tych topoli widać upływ czasu.
Podobnie zawsze były zadbane mostki na stawach w Brzeźniku jak też altanki. Tor przeszkód był stale przygotowany do przeprowadzenia gonitwy.
Pan Michał był wszechstronny, nie tylko dbał o wszystkie nieruchomości, ale znał się też na psach i koniach, należycie je karmił, utrzymywał w czystości i właściwej kondycji, a w razie potrzeby także leczył.
Koń z bryczką, którą ojciec codziennie jeździł do Łańcuta, były zawsze czyste, zadbane i na czas podstawione na rano, gotowe do wyjazdu, a wieczorem po powrocie ojca z Łańcuta koń był odebrany, odstawiony do stajni, napojony, nakarmiony i wyczyszczony.
Pewnego razu siostra moja Bożena powiedziała, że sama odwiezie bryczkę do stajni. Na bryczkę wsiadł brat, kuzynka i ja. Siostra powiedziała, że nas wywróci i jechała zygzakiem od słupa do słupa. My przestraszeni zaczęliśmy bardzo głośno krzyczeć, tak że koń się spłoszył i popędził do stajni. Drzwi do stajni były tak wąskie, że nieraz bryczkę trzeba było wycofać, aby nie zahaczyć błotnikiem o framugę. Koń pędził nadal, wpadł do stajni, gdzie po obu stronach były boksy dla koni po 10 z każdej strony. Bryczka zahaczyła o przesuwane drzwi, wyrwała je, przesunęła się na następny boks i koń zatrzymał się. Całe to zdarzenie widział p. Bardian. Gdy pojedynczo zaczęliśmy, bladzi ze strachu, wychodzić ze stajni zobaczyliśmy p. Bardiana klęczącego. Mówił już za nas wieczne odpoczywanie. Cudem nic się nikomu nie stało.
Drugą przygodę z koniem mieliśmy, gdy pewnego upalnego dnia wybraliśmy się do Julina. W lesie konia obsiadły bardzo gęsto muchy końskie (gzy). Koń się spłoszył i skoczył do rowu. Na szczęście bryczka się nie wywróciła. Koń cały był pokryty muchami, których nie był w stanie odpędzić. Musieliśmy zawrócić, wyjechać z lasu i wrócić do Potoka.
Pan Michał leczył nie tylko zwierzęta, ale w razie potrzeby ubrany był w biały fartuch, wyciągał nam drzazgi ze stóp, gdyż biegaliśmy boso. Do tego celu używał "narzędzi chirurgicznych" przechowywanych w specjalnej walizeczce.
Był też dobrym sadownikiem, ogrodnikiem, a także pszczelarzem. Jeszcze dzisiaj czuję smak i aromat miodu jaki wysysałam z plastra podanego mi przez p. Bardiana. Tak dobrego miodu już nigdy nie jadłam. O ile pamiętam pomimo, że ule stały blisko Pałacyku, pszczoły nikogo nie użądliły. Raczej osy były agresywne.
Pani Anna Bardianowa była nadzwyczajną gospodynią. W domu panował ład i porządek. Państwo Bardianowie nie mieli własnych dzieci, ale zawsze był u nich ktoś ze znajomych lub krewnych. Utrzymywaliśmy korespondencję. Regularnie przychodziły życzenia świąteczne i noworoczne. Smutny był list pisany do Rodziców na wiosnę 1956 roku. P. Bardian donosił, że Pałacyk chyli się ku upadkowi. Jeszcze smutniejsza była wiadomość, że pani Bardianowa jest sparaliżowana, a sześciotygodniowy pobyt w szpitalu nie przyniósł poprawy. W domu miała nadzwyczajna opiekę.
Niestety korespondencja po pewnym czasie przerwała się, bo najpierw odeszła p. Anna, a w pewien czas potem p. Michał.
Ze wszystkimi mieszkańcami Potoka żyliśmy w dobrych sąsiedzkich stosunkach, zawsze spotykaliśmy się z życzliwością i sympatią. Najściślejsze "stosunki towarzyskie" można było zaobserwować wśród młodzieży i dzieci. Moje starsze siostry organizowały wśród swoich rówieśników amatorskie przedstawienia i wspólne czytanie wierszy. Były też urządzane gry sportowe i wycieczki. Ponadto w mojej pamięci zostały zabawy, a także pasienie krów w miłym towarzystwie moich rówieśniczek. Zbierałyśmy też wspólnie różne owoce w tym gruszki.
Z gruszkami mam bardzo miłe wspomnienie. Pan Franciszek Frączek zrywał zręcznie za ogonki, nie dotykając owoców, zimowe, jeszcze nie zupełnie dojrzałe gruszki. Następnie zanurzał je w płynnym wosku pszczelim na parę sekund, a po zastygnięciu układał je pieczołowicie w skrzynkach z sianem. W takim opakowaniu gruszki przyjeżdżały do Lwowa i utrzymywały się w doskonałym stanie aż do Bożego Narodzenia. Cienka skorupka wosku konserwowała owoce, a co także ważne, nie pozwalała im wysychać. Gruszki obierało się razem z woskiem. Były one bardzo soczyste, a w dodatku miały delikatny zapach pszczelego wosku. Niech ten drobny przykład świadczy, że przed 75 laty ludzie też znali metody konserwacji, a życie dostarczało drobnych przyjemności ze spożywania jesiennych owoców w zimie.
Równie dobre były też inne świeże owoce leśne i ogrodowe oraz sadownicze dojrzewające bez sztucznych nawozów i opryskiwań środkami owadobójczymi.
Brat mój Mieczysław miał liczne grono miejscowych towarzyszy zabaw. Organizował dla kolegów loterie, przygotowując różne drobne przedmioty. Chłopcy zrobili też kuchnię polową: kilka cegieł, jakiś blat, kawałek rury blaszanej i kuchnia gotowa. Brat brał z domu garnek, pokrojone jarzyny, ziemniaki i gotowali zupę.
W Rakszawie pod koniec lata były organizowane przez pułk stacjonujący w Jarosławiu manewry wojskowe. W soboty w Domu Ludowym były organizowane zabawy. W ostatnich latach przed wojną Rodzice pozwalali mi iść na te zabawy pod opieką starszych sióstr.
W Brzeźniku nad stawem były organizowane obozy harcerskie z Leżajska, a organizował je, o ile pamiętam, p. Kosiba. Namioty były rozbite na wysepce przy czwartym stawie. Odwiedzałyśmy harcerzy wspólnie z Julką Goldberg i Cesią z Żołyni. Byłyśmy też zapraszane na ogniska harcerskie.
Doskonale pamiętam mój pobyt z Mamą w fabrycznym sklepie w Rakszawie. Wybierałyśmy materiały na mój płaszcz i mundurek gimnazjalny. Jakość materiałów była wysoka, a wybór ogromny i dlatego decyzje były trudne. Płaszcz uszyty z kupionego wtedy materiału służył mi bardzo długo, nie stracił koloru i fasonu. Ja certyfikat dla produktów Rakszawskiej Fabryki Sukna wydałabym jeszcze przed wojną. Cieszę się, że fabryka istnieje nadal, a jej wyroby znajdują uznanie.
Na koniec przypomnę dwa tragiczne zdarzenia, które pamiętam.
Pierwsze zdarzenie to pożar w Rakszawie. Mogło to być w 1934 lub 1935 roku. Duży dym i łuna ognia oraz bicie dzwonów, spowodowały, że razem z dziećmi z Potoka pobiegliśmy do Rakszawy. Palił się dom za główną ulicą. Ludzie stali w dwu długich szeregach pomiędzy palącym się domem a studnią. Stojący w szeregach ludzie podawali sobie z rak do rąk w jedna stronę pełne wiadra, a w drugą puste. Włączyliśmy się w szereg podający puste wiadra. Nie pamiętam aby na miejscu pożaru była straż pożarna. Dzięki tej spontanicznej akcji ratunkowej pożar nic rozprzestrzenił się.
Drugie zdarzenie to tragiczna śmierć pana Łanuchy z Potoka w nurtach wezbranego Wisłoka w czasie powodzi w 1934 r. Pan Łanucha pojechał wozem konnym rano do Łańcuta, gdzie pomimo wezbranego Wisłoka dojechał bezpiecznie. Gdy wracał z Łańcuta szosa przed mostem była już zalana, a prawdopodobnie i zerwana. Pan Łanucha widząc, że most nie jest zalany chciał przez wodę wjechać na most, pomimo ostrzeżeń okolicznych mieszkańców. Niestety szybki nurt rzeki porwał go razem z koniem i wozem. Warunki w tym miejscu były takie, że nie pozwalały na ratunek. Nieszczęsny woźnica wraz z koniem i wozem utonął. Od strony Dąbrówek można było wejść na most. Patrzyłam stamtąd z przerażeniem na groźny żywioł i szybko odeszłam, nie wiedząc nic o tragedii. Rzeką płynęły połamane drzewa i deski. Płynęła też buda z uwiązanym do niej psem. Niestety nie było możliwości wyciągnięcia tego psa.
Obecnie ile razy przejeżdżam przez most (już inny, nowy, wyższy) przypominam sobie to tragiczne zdarzenie i grozę żywiołu.
Być może, że powódź ta spowodowała wybór tematu pracy magisterskiej siostry Bożeny, który brzmi: "Studia nad zmianami biegu rzek w okolicach Rzeszowa i Łańcuta", Okazuje się, że Wisłok płynął dawniej znacznie bliżej Łańcuta. Praca ta wymagała wielu studiów w bibliotekach i archiwach, głównie starych map. Niezbędne też były liczne obserwacje i pomiary w terenie.
Istnieje powiedzenie, że nie nazwane rzeczy i zdarzenia nie istnieją. Nie zupełnie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Natomiast wiem, że aby zapamiętać czy dowiedzieć się czegoś o czasach minionych, trzeba zdarzenia i ludzi żyjących w ówczesnych warunkach opisać, aby uratować je od zapomnienia.
Nie da się tylko opisać uczuć ludzi w podeszłym wieku, jakie oni mają, gdy wspominają swoje lata dziecinne i młodzieńcze. Zwłaszcza, kiedy były to czasy szczęśliwe i beztroskie. Uczuć jakie budzi we mnie jedno słowo "Potok" nie potrafię przekazać słowami. Tak jak nie da się opisać raju utraconego. Dziś, gdy przyjeżdżam do Potoka zamykam oczy i widzę nieistniejący pałacyk na stercie gruzu porośniętego chaszczami, a za Pałacykiem nieistniejącą psiarnię. Widzę piękne stawy w Brzeźniku, z mostkami i altankami. Po otwarciu oczu widzę stan obecny i żal ściska mi serce, za tym co nieodwracalne.
Wszystkie te szczęśliwe chwile zawdzięczam mojemu śp. ojcu, który tak trafnie wybrał na nasze wakacje pobyt w Potoku. Pomimo dużych odległości aż z Wilna, a potem ze Lwowa jeździliśmy corocznie ku naszej ogromnej radości na letnie miesiące do Potoka.
Z drugiej strony widzę w Potoku nowe domy zelektryfikowane i podłączone do sieci telefonicznej. Zmiany są znaczne ale czy to trzecie, a nawet czwarte pokolenie jest szczęśliwsze od nas za czasów dzieciństwa. Mam poważne wątpliwości.

Waldemar Natoński
szukaj
Rekrutacja do LO
Rozkład jazdy
Kanał YouTube Urzędu Gminy
Mapa turystyczna Żołynia i okolice
Interaktywna mapa Żołyni
System Informacji Przestrzennej
Boiska ORLIK
Strzelnica sportowa
Wędkowanie w Żołyni
Działki na sprzedaż
GOSPODARKA ODPADAMI
Dla prowadzących działalność gospodarczą
Stacja METEOROLOGICZNA
OGŁOSZENIA DROBNE
Baza firm
sobota, 27 maja 2017
147 dzień roku
pn wt śr czw pt so nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
imieniny
Amandy, Jana, Juliana
Pogoda
Galeria
Mapa dojazdu
Dziennik Ustaw
Monitor Polski
Dziennik Urzędowy Województwa Podkarpackiego
Prawo Unii Europejskiej
Monitorpolski
Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Rzeszowie
Pomoc przedsiębiorcy
HWO
Licznik odwiedzin:0515815
Urząd Gminy Żołynia, Rynek 22, 37-110 Żołynia, pow. łańcucki, woj. podkarpackie
tel.: +48 172243018, fax: +48 172243476, email: urzad@zolynia.pl, http://www.zolynia.pl
Poprawny HTML 4.01 Transitional Poprawny arkusz CSS Poprawne kodowanie UTF-8
projekt i hosting: INTERmedi@
zarządzane przez: CMS - SPI