Wymagane jest uaktualnienie wtyczki Flash Player.
Wymagane jest uaktualnienie wtyczki Flash Player.
Biuletyn Informacji Publicznej
 
Wymagane jest uaktualnienie wtyczki Flash Player.
Kochasz dzieci nie pal śmieci
RSS

Krystyny Jadwigi z Modelskich Galińskiej

 

     Związki rodziny Modelskich z Potokiem zaczęły się przed ponad 75 laty, kiedy to w 1923 roku hrabia Alfred Potocki zwrócił się z prośbą do Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie o skierowanie do zamku w Łańcucie pracownika naukowego, który zająłby się opracowaniem archiwaliów rodziny Potockich.
Pracy tej podjął się mój ojciec profesor historii dr Teofil Emil Modelski. Ponieważ praca w zamkowym archiwum miała się odbywać w miesiącach letnich, podczas akademickich wakacji, ojciec zawiadomił, że pragnie otrzymać na czas przebywania w Łańcucie odpowiednie lokum dla swojej rodziny tzn. żony i pięciorga dzieci. Wybór ojca padł na dworek w Potoku nieopodal Rakszawy.
Dworek ten został nabyty, a jak twierdzą niektórzy, był wygrany w karty przez hr. Potockiego od poprzedniego właściciela Darowskiego w 1896 r. W cztery lata później posiadłość została wcielona do Ordynacji Łańcuckiej. Budynek zbudowany w początkach XIX wieku w stylu romantyczno - gotyckim z łamanym dachem mansardowym, oknami ostrołukowymi na wzór gotycki, przybudówkami, podcieniami i balkonikiem zdobnym polichromią, posiadał obszerne wnętrze składające się z 6 pokoi, kuchni, przedpokoju oraz przybudowanej oranżerii, pod którą była piwnica. Z przedpokoju prowadziły schody na strych i sąsiadujący z nim balkonik, podłoga była kafelkowana. W pozostałych pokojach podłoga była intarsjowana szlachetnymi odmianami drewna. Największy pokój od strony zachodniej był wykładany dębową boazerią, bogato profilowaną. W kącie stał ozdobny kominek z okapem wymodelowanym sceną myśliwską. Szerokie oszklone zewnętrzne drzwi prowadziły na alejkę obramioną żywopłotem, prowadzącą do psiarni.
Wszystkie drzwi obłożone mahoniowym fornirem były wyposażone w ozdobne zamki z wiedeńskimi klamkami z mlecznego szkła. Także zawiasy mosiężne oraz zaniki w oknach były ozdobne.
Do dworku od szosy Łańcut - Leżajsk prowadziła modrzewiowa aleja zakończona drewnianą bramą prowadzącą na teren całej posesji, ogrodzonej ażurowym ceglanym murem. Od bramy prowadziła dróżka ograniczona niskimi białymi słupkami, wysypana piaskiem, codzienne grabionym. Po przeciwnej stronie na końcu tej dróżki była druga brama. Za tą bramą była droga prowadząca do lasu nazywanego Brzeźnik. Droga ta była do 1928 r. wysadzana czereśniami. W czasie ostrej zimy tego roku czereśnie wymarzły i zostały zastąpione topolami.
Z posesją dworku od zachodu graniczył wąwóz zwany wątokiem, na którego dnie tryskało źródełko. Za wątokiem były już zabudowania Potoka.
Hr. Alfred Potocki przekształcił dworek w ośrodek myśliwski. W tym celu od strony szosy Łańcut - Leżajsk wybudował piętrowy budynek mieszkalny dla personelu. Pomiędzy dworkiem, a tym budynkiem był mały zarybiony staw.
Na zachód od dworku został wybudowany duży budynek gospodarczy nazywany psiarnią, gdyż służył głównie do hodowli myśliwskich psów gończych angielskiej rasy, służących do polowania "par force".
Kilkadziesiąt psów miało sypialnię z drewnianym podestem wyścielanym słomą i inne pomieszczenia wybiegowe.
Oprócz psów w budynku tym była stajnia dla koni, magazyn paszy i karmy. Był też specjalny boks, w którym trzymano dzikiego lisa.
Przy myśliwskie tej rasy żyją tylko w stadzie i muszą być stale trenowane w biegach przełajowych. W czasie wojny po likwidacji psiarni, miejscowi ludzie próbowali trzymać pojedyncze psy jako psy podwórzowe lub domowe. Niestety wszystkie w domowych warunkach szybko zginęły.
Polowanie "par force" polega na jeździe konnej po specjalnym torze przeszkód z barierami, rowami i innymi przeszkodami za psami goniącymi "lisa". Tym "lisem" jest jeździec konny, który za koniem wlecze worek napełniony odchodami lisa, a na ramieniu ma przyczepioną lisią kitę (ogon). Psy wypuszczone w kilkanaście minut za "lisem" gonią go wydając specjalny głos o wysokim tonie zwany "gonem".
Myśliwi nieuzbrojeni, a jedynie ubrani w barwne stroje jeździeckie, jadą za psami, które po węchu gonią "lisa". W zależności od składu grona myśliwskiego "lis": wybiera łatwiejszą lub trudniejszą, krótszą lub dłuższą trasę po ścieżkach i dróżkach leśnych i polnych, a przede wszystkim po torze przeszkód. Myśliwi lepiej lub gorzej, prędzej lub wolniej, spadając z koni lub nie, w końcu doganiają "lisa", gdzie psy zastają nagrodę w postaci połci świeżego mięsa, a myśliwy, który pierwszy dogoni "lisa" dostaje lisią kitę jako nagrodę.
Biegi te odbywały się tradycyjnie w dniu patrona myśliwych św. Huberta 3 listopada. Biegi rozpoczynały się pod cynową figurą tego świętego prawie naturalnej wielkości, stojącego obok jelenia z krzyżem miedzy nogami na wysokim postumencie przed dworkiem.
Figura ta obecnie znajduje się w parku zamkowym w Łańcucie. Niestety obecni wandale uszkodzili i zdekompletowali ten piękny pomnik.
Mniej uroczyste biegi, a także małe przejażdżki po lesie odbywały się w innych terminach, ale nigdy w czerwcu, lipcu i sierpniu.
Tor przeszkód i większa część gonitwy odbywały się we wspomnianym powyżej Brzeźniku. Blisko Rakszawy były tam duże stawy. Na jednym z nich pobudowano mostki w stylu japońskim. Były tam też altanki w kształcie grzyba, tzw. domek rybaka i zimochów służący do przetrzymywania ryb przez zimę.
Taka aranżacja tworzyła z Brzeźnika park do spacerów pieszych, do kąpieli w stawach, a także jazdy konnej.
Nic dziwnego, że rodzina nasza chętnie jeździła do Potoka na wakacje, a żyjący jej członkowie z rozrzewnieniem wspominają te czasy. Jeździliśmy tam najpierw ze Lwowa, od roku 1925 do 1932 z Wilna i od 1933 do 1939 znowu ze Lwowa.
Opisany stan obiektu dotyczy lat trzydziestych. W 1924 roku, gdy ojciec wybrał sobie pałacyk na miejsce zamieszkania w okolicach Łańcuta i Rzeszowa grasowali bandyci m.in. znany pod pseudonimem "panicz", groźny i nieuchwytny rabuś, a później Byk i Maczuga oraz inni. Strony były niebezpieczne i ojcu odradzano zamieszkanie w Potoku. Miejsce było jednak tak urocze i nadające się na wakacyjne mieszkanie, a ojciec argumentując, że bandyci nie przyjdą po książki, zdecydował się na zamieszkanie w Potoku.
W Potoku mieszkał z rodziną majętny żyd Goldberg z żoną i trojgiem dzieci. Był właścicielem młyna i tartaku w Basakówce. Jako człowiek na tamte czasy i warunki bogaty, był naturalnie obiektem zainteresowania bandytów. Obecnie nazwalibyśmy to haraczem. Co pewien czas, ale niezbyt często, jakiś bandyta odwiedzał Goldberga nocą, zamykał całą rodzinę w piwnicy, a sam z Goldbergiem przy posiłku ustalał wysokość okupu. Goldberg miał na ten cel przygotowane pieniądze, a bandyta po poczęstunku i otrzymaniu okupu, odchodził nie czyniąc krzywdy domownikom, poza uszczupleniem ich zasobów majątkowych.
W latach trzydziestych okolica była już spokojna, ludzie życzliwi i mili, zaopatrzenie w wiktuały dobre, więc rodzina nasza spędzała w Potoku niezapomniane, beztroskie i bardzo szczęśliwe letnie miesiące lipiec, sierpień i wrzesień,
Ojciec miał do dyspozycji bryczkę tzw. Jednokonkę i codziennie rano jechał sam do zamku w Łańcucie, gdzie pracował nad aktami historycznymi, zgromadzonymi w tamtejszej bibliotece. Wieczorem dzieci wypatrywały powrotu ojca, słuchając charakterystycznego tętentu konia ciągnącego bryczkę. Raz w tygodniu w bryczce znajdowały się jarzyny i owoce przygotowane przez zamkowego ogrodnika. Reszta zaopatrzenia w wiktuały odbywała się w Żołyni, a głownie na miejscu. Wszyscy tzn. Ludmiła, Bogumiła, Bożena, Mieczysław i ja nawiązaliśmy znajomości i przyjaźnie z miejscowymi dziećmi i młodzieżą.
Starsze organizowały amatorskie przedstawienia i recytacje wierszy, a młodsze inne zabawy dziecięce.
Wieczorami słychać było rechot żab ze stawu, a następnie jeden pies zaczynał wyć by po chwili odezwały się pozostałe i zaczynał się wieczorny koncert.
Cały obiekt tzn. dworek, stajnia z końmi, psiarnia z psami i otoczenie wymagały stałej opieki i pielęgnacji. Specjalną troską były otaczane psy. Była dla nich specjalna kuchnia, gdzie gotowano im posiłki, na które były przeznaczone konie rzeźne. Stale też były psy tresowane w biegach za wonią lisa, ale bez myśliwych.
Personel opiekujący się obiektem w Potoku był nieliczny. Byli to Michał Bardian jako administrator całości. Jan Kuszaj trenował psy i organizował gonitwy i polowania. Pozostali dwaj Jakub Buszta i Stanisław Maślanka dbali o porządek i czystość w całym obiekcie, a także o konie i karmienie psów.
Brzeźnikiem opiekowała się służba leśna. Leśniczym, mieszkającym nad stawami, w miejscu gdzie dziś stoją trzy krzyże był Walenty Chudzik.
Podkreślić trzeba niespotykana obecnie sumienność i zamiłowanie do pracy, a także życzliwość i uczciwość całego personelu. Spełnianie sumienne swych obowiązków służbowych niezależnie od pory dnia i roku było dla nich przyjemnością.
Także wszyscy mieszkańcy Potoka byli dla nas zawsze mili, uczynni i serdecznie usposobieni. Do dzisiaj mile wspominam kontakty z rodzinami Frączków, Wałów, Busztów, Łanuchów, Panków, Świętoniowskich, Lejów i wielu innych.
Rodzina nasza dworek w Potoku uważała za swój drugi dom. Dlatego, gdy siostra moja Bogumiła w sierpniu 1937 roku wychodziła za mąż, ślub odbył się w Rakszawie, a wesele w Potoku - młodą parę pobłogosławił ówczesny proboszcz ksiądz Józef Krupa.
Gdy ówczesna panna młoda w 1945 roku wyjechała z Wilna w ramach repatriacji znalazła się u rodziców w Potoku i urodziła tu córkę Alicję. W ten sposób rodzina nasza jest związana z Potokiem także ważnymi wydarzeniami rodzinnymi, a nie tylko pobytami wakacyjnymi.
Pod koniec sierpnia 1939 r. w Potoku byłam tylko ja z rodzicami. Pozostali wyjechali już do Lwowa. Po wybuchu wojny w dworku został na parę dni zakwaterowany przejściowo sztab wojska polskiego. Błyszczący dach blaszany został zamaskowany gałęziami. Sztab wyjechał, ale gałęzie na dachu pozostały. Z pod gałęzi błyszczała blacha, sprowokowało to niemieckich lotników do bombardowania. Na szczęście były to lekkie bomby i spadły pomiędzy dworkiem a psiarnią, gdzie przed wybuchem zaryły się w piaszczysty grunt, nie wyrządzając szkód.
Pod koniec września władze niemieckie i radzieckie zezwoliły na wyjazd na wschód na tereny zajęte przez ZSRR, tym którzy wybrali pobyt na tych terenach.
Podróż moja tylko z rodzicami odbywana na wózku ciągniętym przez małego konika, trwała parą dni. Miejscem przekroczenia linii demarkacyjnej był Leżajsk. Przeprawa promem przez San i podróż po polnych drogach wózkiem obładowanym ciężkimi książkami, napad bandycki na uciekinierów przez polskich żołnierzy, padnięcie konia i szczęśliwy powrót do Lwowa z pomocą wojskowych radzieckich wymaga osobnego opisu.
Do Potoka przyjechaliśmy w 1943 roku. Skłoniły nas do tego bombardowania Lwowa. Bomba zniszczyła mieszkanie męża najstarszej siostry Ludmiły. Wzmożone represje niemieckie, trudności w zaopatrzeniu, a także ekscesy nacjonalistów ukraińskich skłoniły nas do opuszczenia Lwowa i przyjazdu do Potoka.
Niestety dworek był zajęty i dostaliśmy mieszkanie w domu zajmowanym przez administratora Michała Bardiana i jego żonę. Prędko okazało się, że nie mamy środków do życia. Wyprzedaż lub wymiana rzeczy przywiezionych ze sobą nie wy starczały na zakup żywności. Dzięki wstawiennictwu księdza Krupy dostałam pracę jako robotnica w fabryce obsługiwania maszyny przędzalniczej. Chociaż praca była ciężka i trzeba było wychodzić do roboty jeszcze po ciemku, to byłam zadowolona, że mogę zarobić parę złotych i mieć legitymację.
Najstarsza siostra moja Ludmiła wraz ze swoim mężem inżynierem architektem i artystą malarzem, historykiem sztuki, przystąpili do tajnego nauczania. Uczyli młodych mieszkańców Rakszawy i okolicy na tajnych kursach szkoły średniej języka polskiego, historii, matematyki i fizyki.
W lecie 1944 roku wkroczenie armii radzieckiej odbyło się niespodziewanie, szybko i praktycznie bezboleśnie. Stałam przy maszynie gdy podszedł do mnie dyrektor fabryki i powiedział, że bolszewicy są już w Potoku, abym szybko szła do domu. Zdążyłam jeszcze przez pola wśród świszczących kuł dotrzeć bez przygód do Potoka.
Zaczęła się nowa epoka niby w wolnym kraju, ale rządzonym praktycznie przez obcą nam władzę.
W parę dni później w dworku pojawił się nowy lokator. Nazywał się Lesław Galiński. Było to bardzo ważne zdarzenie w moim życiu, chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będzie moim mężem.
Na wiosnę 1945 roku zdałam maturę w Gimnazjum sióstr Boromeuszek w Łańcucie, a w jesieni wyjechałam na studia do Krakowa. Od tego czasu bywam w Potoku i Łańcucie każdego roku, ale bardzo krótko tylko 1-2 dni lub tylko parę godzin.
Jednak Potok będę pamiętała zawsze jako miejscowość, gdzie przeżyłam do wojny bardzo szczęśliwe, miłe a nade wszystko beztroskie miesiące.

Waldemar Natoński
szukaj
Rekrutacja do LO
Rozkład jazdy
Kanał YouTube Urzędu Gminy
Mapa turystyczna Żołynia i okolice
Interaktywna mapa Żołyni
System Informacji Przestrzennej
Boiska ORLIK
Strzelnica sportowa
Wędkowanie w Żołyni
Działki na sprzedaż
GOSPODARKA ODPADAMI
Dla prowadzących działalność gospodarczą
Stacja METEOROLOGICZNA
OGŁOSZENIA DROBNE
Baza firm
środa, 24 maja 2017
144 dzień roku
pn wt śr czw pt so nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
imieniny
Joanny, Zdenka, Zuzanny
Pogoda
Galeria
Mapa dojazdu
Dziennik Ustaw
Monitor Polski
Dziennik Urzędowy Województwa Podkarpackiego
Prawo Unii Europejskiej
Monitorpolski
Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Rzeszowie
Pomoc przedsiębiorcy
HWO
Licznik odwiedzin:0514903
Urząd Gminy Żołynia, Rynek 22, 37-110 Żołynia, pow. łańcucki, woj. podkarpackie
tel.: +48 172243018, fax: +48 172243476, email: urzad@zolynia.pl, http://www.zolynia.pl
Poprawny HTML 4.01 Transitional Poprawny arkusz CSS Poprawne kodowanie UTF-8
projekt i hosting: INTERmedi@
zarządzane przez: CMS - SPI